Privjet!
Ten post miał zawisnąć już jakiś czas temu, ale degrengolada, którą jestem ostatnio przesiąknięty do szpiku kości, skutecznie uniemożliwia mi oddanie się jakimkolwiek działaniom twórczym.
Więc o co chodzi?
Pstrykam sobie obrazki od jakichś... (liczy w głowie)... na dobra sprawę to do końca nie wiem jak długo. Niech początkiem będzie moment, kiedy kupiłem pierwsze lustro, czyli bodajże październik 2007. Szybka kalkulacja w mózgu i mamy wynik przeszło 2 lat. Przez ten okres pstrykałem sobie tylko i wyłącznie aparatami cyfrowymi. Ostatni analog, z jakim miałem do czynienia, to automatyczna Praktika mojej mamy, którą strzela sobie "imieninowe" pamiątki, a w której to ja zmieniałem filmy.
Skąd więc wziął się pomysł na kupno aparatu analogowego? Czyżby urzekła mnie magia filmu i ciemni..?
Hm, nie. W każdym razie jeszcze nie. To, co mnie urzekło (przeglądając obrazki zwłaszcza na voal.pl, który jest niejako mekką fotoanali i innych średnioformatowców) to właściwości obrazowania, jakie niesie ze sobą tak wielki "sensor" jaki siedzi choćby w Kievie 60.
Ale o co w ogóle chodzi z rozmiarem "sensora"?
No właśnie. Zacznę od początku rzucając troche światła na czynniki, które popchnęły mnie ku wydaniu kilku stówek na aparat wyprodukowany Bóg wie ile lat temu, na Ukrainie.
Jestem pewien, że wiekszości z Was obiło się o uszy stwierdzenie "magia pełnej klatki". Ta właśnie pełna klatka to sen więszkości ludzi będacych w posiadaniu aparatów z tzw crop'em, czyli sensorem mniejszym, niż klatka filmu 35mm.
Moja pierwsza lustrzanka, czyli Olympus E-500, była cropem x2 (pomarańczowe "Four thirds system"), czyli jej sensor był 2 razy mniejszy od klatki filmu 35mm. Potem był Canon 40D z cropem x1.6 (zielone "APS-C"), aż w końcu przesiadłem się na pełnoklatkowego Canona 5D, (jasnoniebieskie "35mm Fullframe"), którego sensor to 36x24mm.
No ok, tylko po co większy sensor?
Powody sa zasadniczo dwa.
Powody sa zasadniczo dwa.
- "Marnotrawione szkło" - czyli uciekające milimetry, jak kiedyś gdzieś przeczytałem. Fotografując aparatem z sensorem mniejszym niż obrazek 35mm, "wydłuża" nam się ogniskowa obiektywu o dokładnie tyle, ile mniejszy od "pełnej klatki" jest nasz sensor. Przez niektórych (foto sportowe) to właściwość nawet porządana. Przez innych (np panów i pań od landszaftów) raczej znienawidzona. Przykładowo 17mm na pełnoklatkowym sensorze da nam ultra szerokie pole widzenia, podczas gdy na cropie, juz tylko szerokie, żeby nie napisac standardowe.
- "Papierowa głębia ostrości" - ta z kolei właściwość jest ukochana przez wszelakich portreciarzy. Nie każdy ma świadomość tego, iż na głębie ostrosci, oprócz długości ogniskowej i jasności obiektywu, zdecydowany wpływ ma również wielkość matrycy w naszej puszce. Dlaczego? odpowiedź jest prosta.
Noi co ma do tego Kiev?
No właśnie, do sedna! Otóż Kiev 60, którego kupiłem jakoś 2 tygodnie temu wyposażony jest w "sensor" wielkości 6x6cm. Ile?? Tak, jedna klatka filmu do tego średnioformatowego aparatu ma wymiar 60 na 60mm, czyli jest praktycznie 2x większa niż w pełnoklatkowym Canonie 5D.
Przytaczając od razu przykład, który opisałem powyżej. Chcąc zrobić to samo popiersie tymże Kievem, którego standardowy obiektyw to 80mm możemy stanąc niemal 2x bliżej fotografowanej osoby, dalej obejmując jej popiersie. Jakaż to musi być wtedy głębia ostrości! Głębia ostrości to jedno, ale zmienia się też perspektywa obrazu. Pole widzenia jakby szersze, drugi plan jakby bliżej w porównaniu do tego, co otrzymamy z tego samego kadru aparatem pełnoklatkowym ze standradowym dla niego 50mm.
Właśnie to pchnęło mnie do zabawy w średni format. Nowe właściwości, nowe możliwości. Piszę to na dzień dzisiejszy jeszcze bez żadnej wiedzy co udało mi się spłodzić tym "ruskim czołgiem". Możliwe, że następny post będzie przeklinał tą kupę żelastwa. Oby nie ;-)
Na koniec kilka obrazków, a nawet slajdszoU
oraz 2 bonusy z Kievem w roli głównej
Do następnego!


























